czwartek, 5 listopada 2015

Nie mogę się doczekać, kiedy będę emerytką!

Sto lat temu, gdy byłam piękna i młoda, mieszkałam za granicą i stać mnie było na egzotyczne wakacje, pojechałam z przyjaciółką na Kubę. Tamże, któregoś suto zakrapianego wieczoru (mojito i Cuba Libre na przemian), stwierdziłyśmy, że skoro już jesteśmy w tej części globu, to może skoczymy sobie na jakąś inną karaibską wyspę na dni kilka? Czemu nie?

Pomysł nieco pomylony, acz w życie wcielony. Poleciałyśmy. Rozklekotanym, ruskim IŁ-em, modląc się o szczęśliwe lądowanie. Na miejscu okazało się, że wybrany przez nas środek wypoczynkowy posiadał tylko dwa rodzaje gości: nowożeńców i  emerytów. A dodatku padał deszcz! Chrystepanie, to my byśmy jednak chciały z powrotem na Kubę, por favor.

Na nasze szczęście, opad metorologiczny okazał się przejściowy i już tego samego dnia zaświeciło słońce. Na nieszczęście, dwie grupy gości hotelowych - o czym przekonałyśmy się bardzo szybko - stanowiły stały element krajobrazu. Co tu robić, co tu robić?

Do emerytek było nam daleko. Do nowożeńców? A wiadomo to dziś, za kogo nas tu biorą? W końcu fundnęli nam girlandę ze świeżych kwiatów, pieczołowicie ułożoną w serduszko na łożu małżeńskim w naszym pokoju, więc może... ten, teges...?

Na wszelki wypadek wymyśliłyśmy sobie alter-ega. Przyleciałyśmy sobie na wysepkę solo, a i owszem, gdyż jest to część układu, który mamy z naszymi mężami. Otóż, jesteśmy umówieni,  że raz w spędzamy urlopy osobno. I oni właśnie teraz grają sobie w golfa w Portugalii! A my jesteśmy tu! Niestety, nikogo nie zainteresowały nasze blade, europejskie twarze, więc i wymyślone historie nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Któregoś wieczora, po ciężkim dniu nieustannego smażenia się na plaży, umęczone nic-nie-robieniem, siedziałyśmy w hotelowej restauracji, czekając na kolację. Wokół sami nowożeńcy świata za sobą nie widzący (nuuuuuda!!!) i żwawi staruszkowie (no halo, to już nie wypada!).

Ku naszemu zniesmaczeniu, stolik obok nas zajęła kilkuosobowa grupa emerytów. Ewidentnie świetnie się bawili, o czym świadczyły regularne wybuchy  śmiechu. W ogóle zachowywali się niestosownie jak na swój wiek! Na domiar złego, w pewnym momencie wstali i zaczęli gromko śpiewać: "Happy birthday to you!"

- Jeeeezu.... ależ oni mają fan - rzekła moja koleżanka zbyt głośno - już nie mogę doczekać się, kiedy będę emerytką!

Ryknęłyśmy śmiechem.

Ku naszemu zdziwieniu - oni też.

- Hej, co tak same siedzicie! Dołączcie do nas! - zawołała do nas solenizantka i zrobiła nam miejsce obok siebie przy stole.

Okazało się, że miała na imię Karen, kończyła właśnie 68 lat i razem ze swoją rodziną i przyjaciółmi świętowała urodziny... nnnoo ... poza domem, że tak powiem.

I tak oto spędziłyśmy najmilszy z wieczorów tamtych wakacji, z kanadyjskimi emerytami w mecce nowożeńców, na niewielkiej wysepce na północ od wybrzeży Kuby.

To zdanie: "Już nie mogę doczekać się, kiedy będę emerytką!" stało się moim powiedzonkiem, ilekroć później trafiałam na towarzystwo fantastycznych starszych ludzi. A ostatnio przyszło mi je wypowiadać całkiem często.

Stało się to za sprawą projektu unijnego, w którym byłam zatrudniona. Poznałam seniorów zrzeszonych wokół Uniwersytetu Trzeciego Wieku, seniorów śpiewających w chórze, seniorów-aktorów-amatorów. 

Daleko im wszystkim było do zamożnych Kanadyjczyków, moje miasto, umówmy się, to nie karaibski paradajs. Mimo to, "moi" staruszkowie mają w sobie godność, pewną szczególną staranność, przywiązanie do tradycji i dobrych manier. Spotykają się regularnie, biesiadują, plotkują, kłócą ze sobą, a nawet romansują. Panie prześcigają się, która upiecze lepsze ciasto. Przed spotkaniami fryzują się i podmalowują. Panowie przywdziewają czyste koszule.

Podczas jednego ze spotkań Prezes Stowarzyszenia i jednocześnie dyrygent, Pan Miecio, przyniósł mi pięć (5!!!!) kronik, dokumentujących działalność chóru. Na każdej stronie zdjęcia z występów, poprzetykanych szlaczkiem kaligrafowanych liter składających się w miejsca i daty. Na każdym zdjęciu chórzystki w dwóch rzędach, w granatowych sukienkach i  białych koralach. W każdej z kronik minimum 50 stron. Po drugiej kronice czułam się jakbym oglądała film, w którym zacięły się klatki i ten sam obraz był wyświetlany na okrągło.

- Bo, pani Melu, ludzie chcą słuchać naszych patriotycznych pieśni, a jakże! - perorował pan Miecio. - Ostatnio nawet w kościele wystąpiliśmy. Trochę się obawialiśmy, bo my pieśni kościelnych nie śpiewamy, ale wielki sukces to był, a jakże! Sam ksiądz nam gratulował! I mówił, że ludzie chcą słuchać takich pieśni! No to my śpiewamy!

Pan Miecio jak dyrygował, tak i mówił -  każde zdanie kończył dobitnie, zamaszyście.

- Teraz szukamy sponsorów, aby zakupić nam mundury z prawdziwego zdarzenia, a jakże! - błysk w oku - O, a może pani, pani Melu, zechciałaby nam poszukiwać sponsorów? Jakieś 200 000 rocznie i będzie dobrze, co? Niełatwa to sprawa, niełatwa, ale da sobie pani radę! Ja to widzę! - Pan Miecio nie był pozbawiony żyłki przedsiębiorcy.

- Eeee.... nnno dziękuję za zaufanie, panie Mieciu, ale wie pan, praca, dom, dziecko, obawiam się, że nie będę mogła poświęcić tej misji należytego czasu - wykręcałam się, przerzucając kartki trzeciego tomu kroniki. Ileż tego było!

Przy każdej kartce grzecznie mruczałam - mmm... ooo.... nnno proszę... ale, przyznam szczerze, zmęczona już byłam i obawiałam się, że w nocy przyśnią mi się staruszki w granatowych sukniach śpiewające "Maszerują strzelcy, maszerują" w kółko powtarzając pierwszą linijkę. 

I wtedy postanowiłam zaryzykować. Przerzuciłam trzy kartki na raz.

- O, o, pani Melu, zlepiły się pani kartki! - zauważył natychmiast pan Miecio.

Posłusznie cofnęłam się o dwie strony i dalej: mmmm... ooo.... nnno proszę... W końcu godzina konsultacji dobiegła końca i z czystym sercem mogłam odłożyć opasłe tomisko na półkę, pożegnać się i wrócić do swojego świata. Czy lepszego? Nie wiem. Na pewno innego.

Podziwiam tych zapoznanych emerytów, że mają w sobie tyle siły  i werwy do życia pomimo skromnych warunków życiowych. O ile im zdrowie na to pozwala, cisną życie jak cytrynkę i mają głęboko w nosie, co inni sobie o nich pomyślą. Żyją od spotkania do spotkania. Cieszą się wspólnymi chwilami i czekają na nie.

Tak, zdecydowanie nie mogę się doczekać, kiedy już będę emerytką! :)



20 komentarzy:

  1. Melu..potrafisz wywołać uśmiech na mojej twarzy . Mi już chyba blizej do emerytki - w chórze juz jestem haha ,w starszym towarzystwie już sie bawiłam ale powiem Ci że dają czadu że ja nie nadążałam . Taką emerytką chcę też być . Tylko jeszcze niech mi te nastolatki zmądrzeją ( 5 lat ponoć jeszcze). Zapraszam do mojego bardzo mlodego,troche nieudolnego na razie bloga : matczyneturbulencje.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dają, dają... Moja psiapsiółka ma szałowego dziadunia, lat 85, który to już dwie żony pochował i aktualnie z trzecią damą swojego serca tańczy. Dosłownie - trzy razy w tygodniu, na dancingach. U nas w mieście więcej ofert dla emerytów niż trzydziestolatków :)

      Natomiast babcia innej koleżanki w wieku 75 lat zrobiła sobie licencję paralotniarską. W Turcji. Teraz raz w roku lata na dwumiesięczne wakacje. Szczególnie upodobała sobie Tybet. Koleżanka mówi, że babcia tak odżyła, gdy... owdowiała. Też bym chciała mieć na to fundusze... Nawet mogę się zgodzić na to, żeby na nie tak długo nie czekać :)

      PS. Melduję posłusznie, że na blogu byłam i ślad zostawiłam :)

      Usuń
    2. Bo trzydziestolatki nie mają czasu na tego typu zabawy. Nie będą chodzić na miejskie czy osiedlowe imprezy. Albo wolą się po knajpach szlajać albo muszą się dziećmi zajmować ;)

      Usuń
  2. A mnie się jednak jakoś do tej emerytury specjalnie nie spieszy - może dlatego, że w naszych realiach nigdy nie będzie mnie stać na takie emeryckie, karaibskie szaleństwa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ano niestety... ale może za to jakiś chór, kabarecik, koło gospodyń miejskich? :)

      Usuń
    2. W moim przypadku raczej wiejskich (o ile się nie przeprowadzimy i będziemy nadal tkwić na tej naszej głębokiej prowincji) :) No cóż - jak dożyję, to rozważę najróżniejsze opcje ;)

      Usuń
  3. Fiu, fiu... Przyznam Melu, że po raz pierwszy, dzięki Tobie, pomyślałam o emeryturze z optymizmem :)
    Tylko hmm, jest mały problem... Żeby awansować na emerytkę, trzeba najpierw pójść do pracy :D Muszę się pospieszyć z jej szukaniem, bo inaczej zawsze będę tylko kurą domową.

    A tak serio... Z jednej strony wszystko fajnie- tu Karaiby, tu chór... Żal mi natomiast tych staruszków, którzy w skutek różnych życiowych turbulencji, dziś są zgorzkniałymi ludźmi. Takimi, którymi żadna z nas, za Chiny Ludowe, nie chciałaby w przyszłości być. Swego czasu mieliśmy taki sprawdzony hotel w Kołobrzegu. Upodobali go sobie także niemieccy emeryci. Nie muszę Ci pisać, jaki to był dla mnie szok, widząc Ich radość życia, wigor, energię, zestawiając ją przy tym z moimi wiekowymi sąsiadami, chociażby. I niby mówi się, że wszystko zależy od nas, że ta radość, pogoda ducha jest w nas. No niby tak, niby tak... Tyle, że jak zaczepia Cię w aptece starowinka z receptą, to jednak trochę inaczej zaczynasz myśleć o tych, którym daleko do pogodnych staruszków.

    W każdym razie, żeby nie kończyć tym przygnębiającym wywodem, wyrażam głęboką nadzieję, że koło siedemdziesiątki, spotkamy się wszystkie na Kubie (ja mam urodziny w maju, myślę, że miesiąc na wojaże fantastyczny) i żadna z nas o receptach nie będzie myślała ;) No chyba, że na relanium, jeśli jakiś starszy Kubańczyk przyprawi nas o szybsze bicie serca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) to apropos Kubanczyka :)

      Kolobrzeg znam b.dobrze i ostatnimi czasy czuje sie tam jakoby w mniejszosci narodowej, zwazywszy na owych kuracjuszy, którym ichni NFZ funduje nasze 5* hotele...

      No ale, wszystko zalezy do kogo sie porownujemy... Tylko do kogo, no do kogo teraz...? :)

      Ps. Pod wzgledem finansowym emerytura napawa mnie lękiem. Ale dziś o tym nie chcę myśleć...

      Usuń
    2. Bo na naszą emeryturę to musimy sobie sami uzbierać pieniądze już teraz. Fajnie o tym pisze Marcin Iwuć z bloga Finanse Bardzo Osobiste.

      Usuń
    3. Fakt, Marcin fajnie pisze o finansach! :)

      Usuń
    4. Chciałabym być właśnie taką emerytką na modłę niemiecką, o jakich Marta pisze - może coś się jednak na lepsze u nas w kraju odmieni i też będziemy sobie mogły na starość na pewne przyjemności pozwolić. Skoro tak nam podobno coraz bliżej do Europy, to może i w tym temacie...Ehhh, chciałoby się ;)

      I ja też się wpraszam na te Wasze kubańskie wojaże - również z maja jestem, możemy z Martą urodziny wspólnie odchodzić i wszystkim kolejki mojito fundować ;)

      Usuń
    5. Ach się rozmarzyłam... Ja też z maja! Zabierzecie mnie ze sobą? :-)

      Usuń
    6. Majowe dziewczyny są w dechę! Zabieramy!

      Usuń
    7. Najważniejsze, że miejsce mamy już uzgodnione.
      Mela, Ty na Kubie już byłaś, może będziesz wiedziała, jakiej tam temperatury w maju możemy się spodziewać? Nie ukrywam, że pewnie wtedy będę chciała wygrzać moje stare kości :D

      Usuń
  4. Gdyby tu można było lajkować to dałabym ci "lajka". Ja zamierzam być zdecydowanie wesołą staruszką,

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja sobie czesto fantazjuje o tym, co bede robic jak juz nie bede musiala pracowac :) Planow masa, wiec trzeba odkladac fundusze emerytalne i tego typu sprawy... Mam nadzieje, ze do mnie dolaczysz ;)

    Mysle, ze bedzie coraz wiecej seniorow, ktorzy wlasnie tak beda wyciskac cytryne zycia. Kiedys byl stereotyp dziadka przed telewizorem, ktory nic nie robi. Lub babci ktora posuwa wolniutkim krokiem do kosciola. Do tego wdziana w ciemne ubranie i jedna noga w grobie. Zmienia sie to w naszym spoleczenstwie. Seniorzy juz nie sa na marginesie, ale chetnie i z werwa uczestnicza w zyciu spoleczenstwa. Uwielbiam to! Mozna sie od nich tyle nauczyc.

    Tak wiec... you, me, Cuba, 2040 ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpierw pomyślałam, jak to, 2040 - tak szybko?! A potem dodałam sobie te 25 lat i okazało się, że niestety, zdecydownie, będę wtedy już staruszką metrykalną. Bo mentalną to na pewno nie!

      Usuń
  6. Melu, melduję się. Rychło w czas, ale lepiej późno niż wcale. A Ty się nie ociągaj z nowymi postami.
    Też miałam wyrywaną leżącą w dziąśle, dolną, prawą ósemkę, parę dni po Tobie, 4 listopada. I dostałam tydzień zwolnienia z pracy, więc nie wyrzucaj sobie tego krótkiego urlopu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dzię dobry! U mnie obeszło się bez zwolnienia, na drugi dzień poszłam spuchnięta do pracy i pani spytała, czy przytyłam, ha ha. A teraz okazuje się, że dolna lewa ósemka też się wyżyna, i skubana jedna, pewnie będzie musiała być wyoutowana! Wcale z tego powodu się nie raduję...

      Nowe posty... tja... ostatnio marna sytuacja finansowa zmusiła mnie, bym się rzuciła w wir pracy i jak się rzuciłam, tak pozostałam wrzucona. Ale czuję, że jak tak dalej pójdzie, to dobrze ze mną nie będzie, bo stresik narasta. W przyszłym tygodniu planuję chwilę oddechu, więc może uda się nadrobić blogowe zaległości.

      Dzięki za odzew! Jak u Was się sprawy mają?! Dawno Cię nie widziałam w blogosferze.

      Usuń